Ciężko polubić ofiarę

Zastanawialiście się kiedyś, ile macie w sobie z ofiary losu?

Tak na oko. Dodajcie do siebie te największe porażki, pomnóżcie przez wszystkich, którzy się do tego przyczynili, podzielcie przez swoje IQ i coś tam Wam wyjdzie. Może wyprowadźmy taki wzór. Uniwersalny taki, bo dopóki nie ma sztywnych ram, dopóty łatwo wartościować cudze problemy i stawiać się, jak zawsze, na samym szczycie Olimpu samokontroli. A może właśnie na samym dnie, bo jak wiadomo- ja mam najgorzej. Owszem, Tobie życie rozdało chujowe karty, ale zobacz, mi wrodzone ostrze niesprawiedliwości ujebało obie ręce, nawet nie mogę siąść do rozgrywki. I tak się będziemy już wiecznie przekrzykiwać jak dwie dworcowe dziwki, licytujące się, która ma ładniejszy wrzód weneryczny.

Ale to są fakty, a nad faktami nie ma co debatować.

Ciekawiej robi się, gdy zajrzymy pod te wszystkie, dobrze znane każdemu, rzygawiczne hasła. Kiedy na światło dzienne wywleczemy niepoznane wzdłuż i wszerz refleksje. Jak na przykład to, że nikt z nas nie lubi ofiar.

Gdyby się głębiej zastanowić, to dość przykra sprawa z tą naturą człowieka. Tak instynktownie tnącego po sukces.

Mamy czasy, jakie sobie wypracowaliśmy. Na pytanie: „Hi, how are you?” ultrakurwaszybko pada „Great! Thanks! And! You!?!?”- Tu nie ma miejsca na melodramaty. To jest proste pytanie, po chuj więc utrudniać sobie nawzajem życia i się błaźnić. Jak by to wyglądało, gdyby nagle jakiś mało ważny kolega, zapytany od niechcenia o to, jak mu mija randomowy dzień zaniósł się płaczem, recytując po kolei nazwy swoich antydepresantów, no przecież to się nie godzi. No gdzież.

Możesz wierzyć w swoje dobre serduszko, możesz przelewać dużo pieniążków na zbiórki charytatywne i segregować śmieci, ale prawda jest taka, że lepiej jak coś nas nie dotyczy. I właściwie po chuj ja go pytałem o ten dzień, jakby nie mógł zawracać głowy komuś innemu, idź stąd człowieku, to jest strefa dla szczęśliwych ludzi. Nie widzisz, że tym swoim krzywym grymasem i smarkami brudzisz komuś dobry dzień?

Nietrudno się rozsypać. Niektórzy całymi dniami zbierają się do kupy, żeby nocą znów rozpaść się na milion kawałków. Ale jak to wygląda z boku?- Jakieś zaburzenia równowagi emocjonalnej, chwiejność, której tak chętnie się nie rozumie i tak łatwo ocenia. Tak trudno wyjść z roli oceniającego, tak trudno stanąć po stronie ofiary, bo nikt nie chce przebywać po złej stronie mocy. Bo słabość to choroba zakaźna. Bo co, jak wejdziemy w czyjś zagmatwany świat i nam tak zostanie. Co prawda mama racji nie miała, krzycząc: NIE RÓB ZEZA, BO CI TAK ZOSTANIE, ale po co kolejny raz wystawiać się na podobne ryzyko? No a właściwie, to przestań się człowieku mazać. Zobacz, mi się też źle żyje, a nie płaczę. Dla mnie też za długa zima i zła. Przestań wyć. Ja nie mam aż tyle czasu. A tam się rozgrzewa coraz więcej emocji. A im więcej emocji, tym większą wzbudzą niechęć. Niechęć masy, która leci do przodu i nie zatrzyma się przez jakąś pojedynczą katapultę. I grom wie, co się potem z nimi dzieje. Może im się polepszyło. A może tylko tak mówią. Często, już przyzwyczajeni do ataków, zachowują się, jakby tylko ich oczekiwali. I zawsze wyglądają trochę pokracznie. Widać, że się starają, a im nie wychodzi. Tak się komediowo próbują asymilować, jakby właśnie takie zadanie dostali na spotkaniu anonimowych oszołomów z zaburzeniami.

Ale co Ty się przejmujesz? Co Cię tak wzburzyło? Jakaś kolejna ofiara, nic więcej. Tylko te oczy jakieś za ciche. Cały taki obłąkany a w oczach duże, spokojne lustra. Co tam widzisz?

A może to Cię tak przestraszyło?

Hah, nie no daj spokój, Ciebie przecież w s z y s c y lubią.