Oczy tej małej..

..oglądają się za siebie dwa razy przechodząc przez mało atrakcyjne uliczki miasta z gatunku tych mało atrakcyjnych. Zawsze, gdy wychodzi z domu myśli ma jak białe zeszyty. Zawsze je zapełnia szybciej niż przewidują normy.

Oczy tej małej roztrzęsione, ale wzrok skupiony niczym wiązka lasera.

Widzi dużo, bo lubi patrzeć.

Widzi dużo, bo ktoś jej kiedyś zanucił, żeby patrzyła trochę szerzej.

Oczy tej małej widzą romantyzm XXI wieku, który wyjechał w delegację. I poszedł się jebać razem z kulturą osobistą. Na jej miejsce przyszła kultura macho. Wyniki tej substytucji pozostawmy bez komentarza. W ogóle nic nie mówmy. Oczy widzą i sercu żal. Żal tych wszystkich zagubionych wędrowców chcących odkryć pragnienia kobiet, którym nikt nie powiedział, że nie tędy droga. Niezależnie od czasów, ich zawsze było tyle samo. I taki sam mrok spowijał ich kopuły. A to co nastało teraz, to szarość, która jest tylko bardziej przebiegłą wersją czerni.

Idąc nocą środkiem ulicy oczy spotykają się z całą masą, z pozoru takich samych ludzi, którzy przyszli zatopić smutki i zagłuszyć upiory poprzednich dni w jedynej pijalni otwartej do rana. Aktualnie ci bardziej znudzeni wyszli się dotlenić. Dziewczyny chowające wzrok za wodoodpornymi maskarami i niepewność za czerwonymi szminkami. Wyglądają jak wykrzykniki ulicy. Dają sobie stawiać drinki. Chcą być zauważone, chociaż dziś. A wznosząc toast z przypadkowymi apostołami najnowszego testamentu, każda modli się w duchu, by ten jeden odpisał choćby emotikoną kciuka. Nie chce być szarpana za włosy. Wolałaby teraz pić herbatę w jego mieszkaniu. Nawet bez cukru. Z piątkami w indeksie i wiedzą, która się nie przydaje. Znajomość cyklu Krebsa i szlaków neuronalnych nie daje ukojenia w zasupłanym życiu osobistym, na które nie ma recepty. Stoją wśród koleżanek, tak samo zorientowanych w czasie i przestrzeni.

Obok tkwią w milczeniu kobiety, których plany na wieczór, jak zawsze bogate, spełzły na niczym. Teatralnym ruchem poprawiają opadające na oczy włosy, zerkając ukradkiem, czy ktoś patrzy. Świadome swojego przemijającego piękna, zapakowane próżniowo w czarne rurki,  rozglądają się z nostalgią na ludzi, przed którymi całe życie i cała noc. Mają wiele pragnień, które nigdy nie doczekają się zaspokojenia. Mają wiele popędów, których nikt się nie domyślił. Pielęgnują swoją delikatność a spojrzeniem pełnym łagodności i spokoju potrafią zrównać wszystko z ziemią. Do poziomu swoich pantofli. Chcą mieć obok siebie szósty zmysł a wychowują pokrzywieńców, którzy już od zmysłów odeszli. I odeszli w ogóle. Lubią dobre maniery i ogładę, ale nie zawsze i nie wszędzie i w ogóle nie tak. Myślami są już przy kacu, jaki dopadnie je następnego dnia, ale w skupieniu dopijają roztopiony lód. Whisky z colą. Może i mało finezyjny drink, ale najłatwiej to zanucić do męskiego ucha przy barze. Teraz są już zmęczone. I nie stać je na kolejnego.

Mijając róg kolejnej ulicy nie sposób przeoczyć nową falę, na której płyną synowie samego Posejdona. Piękni, młodzi, najebani. Z elektrycznymi papierosami i elektryzującym spojrzeniem. Delikatni i bezkształtni jak ich jabłkowy liquid podgrzewany do pary. Z dużymi oczami i oczekiwaniami. Suną powoli tam, gdzie jeszcze przed chwilą dotleniały się najmniej pewne siebie głowy w tym mieście. Czekają na siebie nawzajem, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. A refleksji w nich tyle ile orzeszków arachidowych. Śladowe ilości.

Gdzieś tam w tle widać chórki. Ona i on przekrzykujący się nawzajem w najlepszej arii, jaką może nakreślić kilka piw i luźniejszy język. Jak zwykle te same zarzuty, które za dnia mogłyby brzmieć śmiesznie, spotęgowane nocą, wypływają słowospadem na bruk. Niewiele pozytywnych prognoz na przyszłość. Milion powodów, by odejść w pizdu, ale zawsze znajdzie się ten jeden, by zostać i tego trzymają się kurczowo. Doskonale znają tę narrację. Jest prosta i wszyscy raczymy się nią nawzajem. Nie można być miękkim, bo w miękkości łatwo stracić czujność i dać się wychujać. Trzeba być twardym. Trzeba pokonywać słabości. Nie wolno ich pokazywać. Nie można być sobą dla siebie i siebie nawzajem. Bo teraz ‚razem’ oznacza bycie najlepszą wersją siebie i posiadanie obok najlepszej wersji kogoś innego. Nie wchodząc sobie za bardzo w paradę, nie przeszkadzając, idąc przed siebie a jeśli traf da, że idzie się w tym samym kierunku, to cudownie. Najlepiej na świecie. Ale jeśli nie, to ok. Zdarza się. Zdarzyło się. I zdarzy jeszcze nie raz. Pokolenie suberbohaterów i bohaterek będących swoimi najlepszymi wizytówkami.

Ich mały, pokrzywiony świat.

Odchodząc i zostawiając w tyle cały zgiełk, równolegle ulicami kroczą ci, którym spokoju brakuje z innych powodów. Dzieci na hulajnogach wpadające na siebie, mijające szerokim łukiem to, co jeszcze nieznane. Starszy pan prowadzący na smyczy, zmęczonego piątym spacerem, starszego psa. Między nim a żoną miłość już wygasła, a przyjaźń nigdy się nie narodziła. Powoli umierali znajomi.

I tak mijają leniwe godziny w mieście, które nie śpi. Małym ludziom dużej wiary.