Bo ściana nie była idealna.

Mocno zajęty życiem, siedząc na czymś, w środku czegoś, słyszysz jak cisza skutecznie bombarduje i tak już zszargane nerwy. Starasz się odwlec moment relfeksji na temat minionego dnia, tygodnia, miesiąca, bo jak już zatrzymasz tę machinę metabolizmu turbacji, to najpewniej rozpryśniesz się na tysiąc części, z rodzaju tych, które każdy chce zamieść nogą pod kanapę. Tak więc, aby do tego nie doszło, aby wszystko było na swoim miejscu, ty nie możesz w nim stać. Dlatego siedzisz. Ale wewnątrz i wokół wszystko zapieprza. Choć nie widać nic. 

Przysłuchujesz się temu nieznośnemu ciężarowi powietrza i, na moment dosłownie, opierasz głowę o krawędź łóżka, bo i tam się zrobiło jakby ciężej. Na ziemi- koniec świata, ale po podniesieniu głowy o 30 centymetrów widok się upraszcza. Otoczenie wstrzymuje oddech, ale twój jest nadal miarowy, nadal wdychasz 70% wkurwienia z nadzieją, że płuca jakoś sobie poradzą. Patrzysz na ten biały pasek między sufitem a farbą. Tam na tym pasku jest jakaś plama. Ewidentnie ktoś spierdolił robotę. I fajną ścianę. Po szybkiej analizie reszty pasków zauważasz, że jak nie krzywy to zaplamiony. Wyciągasz wniosek- przed chwilą siedziałeś na czymś, gdzieś, jakoś. A teraz to bardzo konkretne epicentrum, w którym rozgrywa się katastrofa wykończeniówki. Przez 15 min, których nikt nie zwróci, wpatrujesz się w  każdy szczegół, każdej plamy i już nie wiesz czy martwić się wykończeniem ścian, czy swoim. Potem sobie uświadamiasz, że nie stać cię na ekipę remontową i wieki temu własnoręcznie dokonałeś tej katastrofy. Ale wtedy było jakoś śmieszniej. Jakoś łatwiej było pogodzić się z tą plamą, jedną, drugą powstałą przez mało skupione łokcie. W totalnym nieskupieniu przecież to się odbywało. W totalnej dysharmonii, która cieszyła. Teraz patrzysz i nie wierzysz, bo chcesz patrzeć i nie chcesz wierzyć w każdy jeden maziaj. W zasadzie może ich tam równie dobrze nie być, bo bez okularów nie widzisz wyraźnie nawet swoich stóp. I może nie ma. Ale to przecież nie jest ważne.

Płyniesz na fali ciężko powziętej decyzji o zatrzymaniu się i refleksji. Wszystkie tony żelaza radzieckich czołgów były niczym w porównaniu z tym ciężarem zwielokrotnionym przez wyobraźnię. Jednocześnie jest to również ten rodzaj chwili, kiedy odpowiednio wypowiedziane słowo ‚kiełbasa’ może być podstawą tezy metafizycznej. W takim razie dziś robimy ognisko.

Wszystko idzie pod lupę. Idzie do ciebie a ty jak idiota siedzisz i pytasz czy zrobić herbatę. W zasadzie nawet nic nie musi przychodzić, bo to jest, tak czy srak. Wystarczy podsycić, a jak ktoś jest chodzącą podpałką, to prosta matematyka. Ognisko się pali. Można podziwiać. Można się ogrzać. Znajome ciepło. Dwa ogniki w oczach, jak gif ustawiony na pętli. A pętla się zacieśnia. No a ty właśnie niesiesz herbatę.

Pytanie brzmi, czy na tej tablicy rozdzielczej cielesnych mechanizmów, jaką jest to śmieszne ciało zawsze było tyle nieznajomych przycisków. Bo właśnie stoisz nago przed lustrem i widzisz całą gamę. Im mniej tym prościej, a im dalej tym więcej. To może postoję do końca. Wrodzone dziecko każe przyciskać wszystkie po kolei. Robiąc to zastanawiasz się jaki jest patron naiwniaków.

Dobrze, że chociaż jest ciemno, za dnia takie myśli budziłyby zażenowanie. Gdyby dzień trwał wiecznie, pewnie w ogóle by ich nie było. Nie musiałbyś myśleć jak głupio wyglądałeś z głową opartą o kanapę i oczami wbitymi w plamę. I wyrytym kokpicie na ciele. I o ogniu, który chyba coś znaczył, ale nie ma czasu na dalsze analizy.

Na szczęście już się tylko tli, zaraz zgaśnie.

Mam nadzieję, że post przypadł Ci do gustu! A żeby zatrzymać Cię na dłużej, zapraszam do polubienia strony Emplace na Facebooku oraz Twitterze, co by być na bieżąco z nowymi postami, sprawami ważnymi i ważniejszymi ;)