Małe życie

 Mam za sobą długi, senny dzień i jestem w jednym ze swoich lekkich nastrojów, nieomal beztroskim. Prościej mówiąc- mam dziś zajebiście zły humor. Będzie to pewnie odczuwalne w każdym słowie, ale to nic. To się zdarza. Lepsza taka siła napędowa niż żadna. Dziś o Małym życiu i o moich małych problemach z tą książką.
Nie to, żebym miała coś do sporych książek. Absolutely. Jednak, tę akurat, z pewnością dało by się upchnąć gdzieś w bardziej przyzwoitych okolicach, załóżmy 500-600 stron, a nie 800 ileś tam. Wychodzę z założenia, że o ile nie mamy do czynienia z sagą, to jeśli autor nie potrafi tej samej historii bardziej ‚streścić’ to już coś jest nie halo. Teraz doświadczyłam tego na własnej skórze.

 

Na początku było..miło. Mój wskaźnik entuzjazmu przyjmował bardzo hojną pozycję. Przedstawienie bohaterów, wprowadzenie czytelnika w ich codzienność, aspiracje, marzenia, plany trwało jakieś 300 stron. Czułam coraz większy apetyt. Mimo, że ich szara codzienność osadzona była w Nowym Jorku na Lispenard Street, a moja na Podlasiu ul. Matejki.. naprawdę utożsamiałam się z tymi, wkraczającymi w dorosłe życie, chłopakami. Historia młodych ludzi przyjaciół, na ogół jest ujmująca. Wszak lubimy czytać o czyichś marzeniach, mieszkaniach, zawodach, romansach. PROBLEMACH, szczególnie kiedy nas nie dotyczą. Plus jeszcze wątek gejowski. O tym również się czyta z błyskiem w oku. JB, Malcolm, Willem i Jude są jakby bezczelnie powyrywani z różnych historii. Ich życia złączyły się ze sobą, mimo że miały niewiele wspólnego. No i fajnie.

Ale gdzieś po drodze, ten mój wskaźnik przestał działać. Cała książka tak naprawdę kręciła się wokół jednego z nich- Jude’a. Kolega szanowny miał mnóstwo problemów. Wszystkie były nomen omen bliznami po przeszłości. Gwałty, ucieczki, kościół, samookaleczenie, tułanie się po świecie, do tego szpital, brak rodziców i pewnie jeszcze coś, o czym już nawet nie pamiętam, ale szczerze? No dajcie spokój, kogoś tu poniosła wyobraźnia. Okej, może to i dobry motyw na 800stronicowego kolosa, ale jakiś taki w swym patosie mało szczery i lekko zajeżdża fikcją.

Dodatkowo, tak jak każdy skrzywdzony, wypaczony byt, tak i Jude zachowywał się irracjonalnie. Głupio. Denerwował mnie od samego początku. A ja nie lubię, oj nie lubię. Teraz już wiem, że nie wszystko, co niewiadome ciekawi, bo mnie kompletnie nie ciekawił główny bohater i ta jego biedna psychika. No i kurcze, miała Magda mały problem. Wałkowanie przez kolejnych 400 stron jednego wątku, powtarzanie po stokroć tkanka bliznowata skutecznie mnie usypiało. Kolejną irytującą stroną książki jest to, że w większości mimo wszystko traktuje o życiu dorosłych, a potem już starych mężczyzn i na litość boską pokażcie mi drugiego takiego 60latka, nad którym skaczą jego 80paroletni przyszywani rodzice, który się tnie, którego poślubia jego najlepszy przyjaciel i w sumie możnaby wymieniać i wymieniać. Miałam ogromny problem z tym, aby iść z duchem książki i przypisywać w każdym rozdziale właściwy dla bohaterów, coraz starszy, wiek. Dla mnie, od początku do końca, byli to 30 paroletni faceci i tyle.

Nie wiem, czy ktoś opisał tę książkę w większej wściekłości, nie wiem też, czy ktokolwiek na swoim blogu śmiał stwierdzić, że książka jest do kitu, bo sama jak dotąd spotykałam się z samymi superlatywami. Jednak muszę przyznać, że mogłam lepiej spożytkować 3 tygodnie, jakie spędziłam na Małym życiu. Plus taki, że nie dałam z siebie zedrzeć 60 pln, a jedyne 29. Dodam tylko, że depresji można dostać. Od tej książki. Depresji w czystej postaci.

Amen bracia.

Mam nadzieję, że post przypadł Ci do gustu! A żeby zatrzymać Cię na dłużej, zapraszam do polubienia strony Emplace na Facebooku oraz Twitterze, co by być na bieżąco z nowymi postami, sprawami ważnymi i ważniejszymi ;)
  • to ciekawe. bo koleżanki z pracy piały nad tą książką. ale też namawiają mnie do oglądania dołujacego „black mirror” i zapieram się, że nie, bo kiedyś obejrzalam 3 odcinki i stwierdziłam, że nie zamierzam się dołować. zwłaszcza teraz – jesienią 😉 także w pełni rozumiem. sama z siebie mogę polecić „prawdę w sprawie harry’ego queberta”. też jest przykry motyw bohaterki, ale książka jest mega wciągająca, mimo rozmiaru. taki ambitny kryminał 🙂 a na poprawę nastroju „zrób sobie raj” – zawsze działa 🙂