Koncert życzeń

W którymś z postów stwierdziłam, że moje życie to podejmowanie ciągłych wyzwań, którym nie mogę sprostać. Cały czas tę definicję rozszerzam i takim sposobem dodać mogę, że moja autobiografia byłaby sinusoidą towarzyskości i samotności. Obserwacja z pozoru błaha, ale wzięłam ją pod lupę na tyle bardzo, aby ten post powstał i siał refleksje.

TO NIE KONCERT ŻYCZEŃ, zdaje się mówić mi moje życie niemalże w każdej chwili. No i tak jest. Nic z nieba nie spadnie od tak, nikt do nieba nie pójdzie od tak. Z tym, że w życiu trzeba być rzemieślnikiem per kowalem pogodziłam się dość łatwo, bowiem od dzieciaka powtarzano mi wszelkiej maści teksty w stylu ucz się i pracuj a dojdziesz do celu. Uczyłam się, pracowałam hard, dawałam z siebie maximum, bo wiedziałam, że to jest moją bronią. Mój mózg, ale przede wszystkim moja pracowitość i zacięcie;  sąsiadka wspomniała, że są dwa typy ludzi- Ci bardziej inteligentni a mniej pracowici, i Ci, którzy brak wrodzonego geniuszu nadrabiają harówą. Oto żem ja. Sowicie wynagradzana, ostro krytykowana, często i gęsto kamieniowana; przez siebie samą głównie.
Ale wiecie co, to tylko wstęp.
Tekst ma traktować o czym innym. O tej, wspomnianej przeze mnie sinusoidzie, ponieważ teraz jest czas dołu. Gdzie linia zaczyna powoli, lecz harmonijnie giąć się pod ciężarem grawitacji i nawału myśli. Są wakacje, piękne lato, cudowny czas, aby odpocząć. No nie do końca. Ja, niezależnie od warunków potrafię w bagnie odnaleźć diament a w przeuroczym potoku zdechłą rybę, której swąd będzie się ciągnął godzinami. I tak oto odpoczywając na tarasie, cały czas myślami jestem z tą rybą, która póki co stanowi metaforę przyszłości. Tej najbliższej, tuż za rogiem.
Upraszczając, ostatnimi czasy zauważyłam, że stałam się wycofana. Ponadto, nie do końca radzę sobie z czasem wolnym. Te dwie rzeczy się zazębiają i napędzają wzajemnie. Relaksuję się, ale ma to miejsce tylko na poziomie fizycznym, ponieważ i tak nieustannie myślę o tym ogromie pracy, nauki, jaka czeka mnie od października w związku z poprawą matury i jednoczesnymi studiami. Czuję w pewnym sensie żal do wszystkich i do wszystkiego za swoje niepowodzenie, bo CKE niesprawiedliwe, bo matura za trudna, bo wreszcie anemia zabiera zapał do pracy. A z tym wiąże się również ciekawe przemyślenie, które zakwitło w moim mózgu, kiedy wracałam z siłowni, dotyczące tego wycofania od ludzi- Umiem dzielić sukcesy z innymi osobami, ale nie porażki. Rzecz w tym, że kiedy osiągamy zbiorowy sukces, pojawia się radość, euforia, spełnienie. Wielu ludzi lubi także dzielić z innymi niepowodzenia, jak na przykład po nieudanej maturze, zbiera się kupka biedaków i wspólnie kontemplują, podnoszą się wzajemnie na duchu i przeżywają trudny okres razem. Razem lepiej. Nie dla mnie. Z pewnymi osobami spędzałam dosłownie 3/4 doby przez ostatnich kilka lat. Wspólny cel, ambicje, plany, kierunek studiów, szkoła, korepetytorzy, wyjazdy, imprezy, wakacje. To zbliża. Ale w momencie, gdy tak naprawdę wszyscy daliśmy dupy i konieczna jest poprawa matury, ci ludzie stają się dla mnie symbolem moich smutków. Był czas wspólnego oblewania porażki, słów pocieszenia dla każdego, ale z czasem to hermetyczne środowisko zaczęło mnie irytować. Na samą myśl o przyjaciołach przeszywał mnie psychiczny dreszcz, widząc ich, widziałam czasy przedmaturalne, czasy ciężkie, wykańczające. A przede wszystkim tą nieszczęsną porażkę. Tak jakby każdy z nich podczas spotkania ze mną miał na czole napisane niewidzialnym atramentem – MAGDA, TO JA, TWOJA NIEUDOLNOŚĆ. JESTEM TU Z TOBĄ. No siłą rzeczy nie mogło się to inaczej skończyć- odcięłam się.
Offline.
Teraz siły witalne wracają. Regeneracja uskuteczniona i ja też powoli wracam.
Ale
No właśnie. Ryba nie tonie. Niesiona prądem rzeki wpływa mi z falami na ręce. Studia. Kolejny piękny tor moich myśli. Niekoniecznie jakieś konkrety, sam fakt przyszłego stanu rzeczy. Jak sobie zaczynam wyobrażać, że będę widywać mojego chłopaka dwa razy na miesiąc przy dobrych wiatrach, to mnie nosi. Wszystko zaczyna denerwować dwa razy bardziej. Tu pojawia się wątek szeroko rozumianej samotności, która, jak już nie raz wspominałam, jest dla mnie najgorszym z okrucieństw tego padołu. A propos tematu nasuwa mi się na myśl tekst Łukasza Kielbana o sztuce życia nietowarzyskiego, który trochę mnie dobił ale i podniósł na duchu. Misz masz godny każdej damy i każdego gentlemana.
I tak oto czuję się jak kura. Niby ptak, może latać, a zamiast tego skacze i gdaka. Marazm. Zdarza się każdemu, przydarzył się i mnie. Więc słowem pointy rzeknę, że obrałam kolejny cel nowego etapu życia, czyli nawiązywanie kontaktów. Inni ludzi okazują się w moim życiu niezbędni. Sama- marnieję. Zamknięta w swojej wieloszufladkowej komodzie nie daję sobie szansy zakwitnąć. Zatem- nowe środowisko, nowy świat, świat studiów jest tą szansą na odświeżenie systemu. Nic na siłę, ale wszystko z pozytywnym nastawieniem i otwartym umysłem.

 

Mam nadzieję, że post przypadł Ci do gustu! A żeby zatrzymać Cię na dłużej, zapraszam do polubienia strony Emplace na Facebooku oraz Twitterze, co by być na bieżąco z nowymi postami, sprawami ważnymi i ważniejszymi ;)