Czy dziecka nie wystarczy kochać?

Dobra. Pierwszy, niemal dziewiczy post na blogu w nowej odsłonie. Nowe, nowym, ale zawartość słoika bez zmian. Te same przeciwutleniacze, konserwanty i barwniki, chociaż dziś raczej bez tych ostatnich, z uwagi na lekko brutalny temat.

Pewnie wcale bym się przy zdaniu tytułowym nie zatrzymała, pewnie spłynęłoby po mych piórkach jak wiele innych głębokich fraz, pewnie… gdyby nie fakt, że dawcą głębi był mój tata.

Co ma większą gęstość?

Zazwyczaj jest tak, że coś wypłynie na wierzch. I przeważnie tym czymś jest miłość. I jest ona oczywistą oczywistością, która jednak potrafi wspiąć się na wyżyny po trupach innych uczuć. Już pomijam fakt patologii związanej z brakiem tego pierwiastka rodzicielskiego (i tak za dużo fenomenów na dziś).

„Wiesz, słyszałem dziś w (jakiejś nieistotnej) audycji o tym, jak wielu rodziców nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie: „Za co lubisz swoje dziecko?”Bo rzecz jasna jak ich spytali, za co je kochają, to problemów z odpowiedzią nie było. I wtedy ściana przykuła moją uwagę na dłuższą chwilę”

To własnie powiedział, a kiedy skończył mówić, to i ja wpadłam w lekki trans. Wiecie, co owi rodzice odpowiadali na to pierwsze pytanie?

  • No, bo jest moich dzieckiem
  • Jak się dziecko kocha to i lubi, to oczywiste
  • Co to w ogóle za pytanie, przecież wiadomo, że się lubi. Za wszystko.

Dobre co? – Lubię swoje dziecko za to, że je urodziłam, wychowałam i że tak trzeba. Bajka. No właśnie, wydaje mi się, że te osoby pomyliły pytania i pewnie nie bez przyczyny zostały one zadane tuż po sobie. Bo wielu z nas nie widzi różnicy. Dajmy na to przykład skrajny- morderca/gwałciciel. Myślicie, że gdyby wyszło na jaw, że zadaliście komuś 12 ran kłutych i jeszcze zabrali na pamiątkę głowę ofiary, to Wasi rodzice przestawiliby się na tryb: NIE KOCHAM ? Tak od razu, bo zrobiliście coś nie do pomyślenia. Przestało by im zależeć zajęlibyście zaszczytne miejsce w dupie?

Przestaliby Was kochać? Podejrzewam, że nie.

Ale, ale. Zostańmy na chwilę przy Was, w roli morderców i zadajmy tym samym rodzicom pytanie- Czy po tym wszystkim Was lubią. Czy mieliby ochotę usiąść z Wami i pogadać, popatrzeć, pośmiać się, zagrać w coś, wyjść do ludzi. I znów- myślę, że odpowiedź byłaby ta sama.

I nie trzeba tu wcale silić się na skrajność. Osobiście uważam, że moi rodzice mnie lubią. Bo nad tym się teraz skupiam. To często bywa źródłem zgrzytów wszelakich. Wiem, że kiedy zdarzy się coś intrygującego w świecie, na osiedlu, pojawi się jakiś dziwaczny filmik na YT, mój tata będzie chciał się nim ze mną podzielić. Uwielbia gawędzić ze mną po raz setny o rzeczach, nad którymi zazwyczaj spędza się kilka godzin i nie dochodzi do sensowanego meritum- i tak właśnie się dzieje. Że kawa wystyga a dyskusja trwa. I traktował mnie tak od najmłodszych lat. Nawet gdy byłam małą, cwaną sześciolatką w rozmowie z rodzicami czułam się ważna. Niepominięta i wiedziałam, że moje zdanie- które pewnie było arcyważne dla omawianej sprawy- się liczy.

Bo co jest tak właściwie wyznacznikiem dobrej przyjaźni?

 Na pewno nie sprowadza się ona tylko do przelotnych spotkań na uczelni. Bo to, nazwałabym zwykłą znajomością. Natomiast kiedy znajdzie się wspólny język z drugim człowiekiem, wtedy pojawia się chęć poznania jego poglądów, historii, marzeń i celów. No właśnie- chęć. Niektórzy rodzice tej chęci po prostu nie przejawiają. Nie pragną poznać dziecka na gruncie neutralnym. Płaszczyznach innych niż dziecko-rodzica. Bo po co? Rozmowa, wspólne plotki nie są najważniejsze. To dodatek, a wiadomo, jak jest z dodatkami.. Liczy się to,żeby miało co jeść, czapkę na głowie, kiedy piździ, książki do szkoły i co na siebie włożyć. Ale to jest zbyt przyziemne, żeby mogło się urodzić coś głębszego.  

U mnie w domu, generalnie nigdy nie było zakazów. Czasem się wręcz dziwię, że wyrosłam na ludzi, ale zawsze miałam ten zmysł, co wolno, a czego nie. Wiedziałam, że mam wolną rękę, jeśli chodzi o szkołę, ludzi, ale nigdy tej wolności nie nadużyłam, bo sama bym to nawarzone piwo musiała spijać, to ja bym musiała nadrabiać zaległości, gdyby mi się nagle przywidziało niechodzenie do szkoły przez miesiąc i to ja bym się musiała wstydzić za nędzną pracę po marnych studiach, gdyby mi nie zależało.

I teraz wiem, że jest ogromna różnica między tym, kiedy rodzic wpadnie do pokoju na 10 sekund, w międzyczasie zauważy każdy – nie taki jak ma być- drobiazg,  wykrzyczy milion zarzutów o niedopiętych obowiązkach, odłączy internet, zabierze telefon i się jeszcze na koniec ucieszy ze swej godnej poszanowanie postawy rodziciela… zamiast zwyczajnie położyć się na łóżku obok i obgadać, jaką to chemiczka w szkole jest zołzą, albo jaką beznadziejną książką jest „Małe życie”.

tylko

Co zrobić, żeby móc się polubić nawzajem?

Pytanie z tego samego wora, co „Gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy?”, aczkolwiek jest kilka kół ratunkowych. Jedno nich, to na pewno gadanie o pierdoletach. Bo jak człowiek umie z drugim rozmawiać o rzeczach błahych, ale codziennie, to się nić porozumienia syntetyzuje. Kiedy da się komuś szansę na wejście do własnej głowy i myśli, to zawsze jest już jakaś podstawowa, nieukształtowana masa, gotowa do obróbki. W momencie, kiedy ma się przed rodzicem więcej tajemnic niż FBI, to sytuacja się komplikuje, ale to raczej nie nowina.

Skoro już dopłynęłam do brzegu, to dodam tylko, że nie chcę nikogo oceniać. Jest mnóstwo poprawnych patentów na wychowanie. Po prostu lepiej dla wszystkich, gdybyśmy zaczęli się baczniej przyglądać dla tego napompowanego hasła, jakim jest miłość w relacji rodzic- dziecko i czy pod nim kryje się coś więcej. Bo to trochę jak ze związkiem. Ciężko budować fundamenty na samej miłości, bez pokrycia w przyjaźni i zaufaniu oraz czystej sympatii. Za takim związkiem już się raczej nie goni, a pcha z całej siły, aby jakoś to było.

Dlatego, nie sztuką jest miłość, troska i obawy. Nie sztuką jest znajomość z dzieckiem. Na taką sztukę, na pewno bym się z moimi rodzicami nie wybrała.

Mam nadzieję, że post przypadł Ci do gustu! A żeby zatrzymać Cię na dłużej, zapraszam do polubienia strony Emplace na Facebooku oraz Twitterze, co by być na bieżąco z nowymi postami, sprawami ważnymi i ważniejszymi ;)
  • Bardzo mądry tekst, przeczytałam od początku do końca. Rzeczywiście spora część rodziców traktuje swoje dzieci jako żyjątka, o które po prostu trzeba zadbać, zapewnić im wszystkie warunki potrzebne do życia, bo się je urodziło i tyle. A rozmowa? Po co? Przecież ma koleżanki.

    • O to to. Masz koleżanki, masz słownik, masz korepetytorów, a jak nie masz to może mieć. Chcesz się czegoś dowiedzieć? Masz też książki. Jedno, co się w takich chwilach wykształca to na pewno cały wachlarz synonimów na słowo rodzic.

      • Rodzicielskim hitem, który staje się ostatnio chyba coraz bardziej popularny, bo ze swojego dzieciństwa pamiętam jedynie pojedyncze koleżanki czy kolegów, którzy byli w ten sposób traktowani, ale teraz pracuję z dziećmi i widzę, że zjawisko niestety coraz powszechniejsze – zorganizowanie dziecku czasu tak, że nawet nie ma kiedy z nim porozmawiać. Odbiera dziecko ze szkoły i hyc – odwozi na zajęcia z pływania. To w poniedziałek. We wtorek śpiew, środa warsztaty kreatywnego myślenia, czwartek rysunek, piątek szybkie czytanie. Sobota na odrabianie lekcji, a niedziela u babci na obiedzie, to też jest spokój. Ja rozumiem, że dobrze jest pokierować swoje dziecko, pokazać mu różne kierunki zainteresowań, żeby nie wyrosło na telewizyjnego maniaka, któremu do szczęścia wystarczy czteropak i Pamiętniki z wakacji, ale bez przesady. Dzieci się tym męczą, każdy potrzebuje czasu, w którym nie robi się nic.

        • A nad tym, powiem szczerze, nie zastanawiałam się głębiej. Może dlatego, że ja aż taka aktywna nie byłam w dzieciństwie, ale zgrabna uwaga, nie ma co. Na myśl, przyszedł mi od razu pewien chłopiec, który zapisał się do szkoły tańca, w której i ja swego czasu tańczyłam. Jego rodzice? Wtedy myślałam, że jacyś szejkowie. Wszystko co miał, było droższe niż całe to studio. Wychuchany dzieciak jak 150, z tym że był niezłym kosmitą. Potrafił się zapatrzeć w ścianę na kilka minut i stać jak kołek albo w trakcie zajęć kucnąć i coś szeptać do siebie. Okazało się, że cały jego czas w domu skupiał się wokół gier, najdroższych rzecz jasna, a rodziców to tam raczej nie było, zresztą sam ojciec powiedział dla instruktorki, że to jemu zależy na tym, ażeby syn tu chodził, bo dobrze by było jakby łyknął trochę społeczeństwa. Finał był taki, że po dwóch latach chłopak nie do poznania. najlepszy w grupie i największy taneczny zapaleniec. Ale czy można to nazwać zasługą rodziców? Polemizowałabym

  • Bardzo celnie i….trochę smutnie, bo obawiam się, że mało kto o tym myśli. Bycie rodzicem to szalenie trudne zadanie, dobre wychowanie dziecka to walka każdego dnia, coś na ten temat wiem, trzeba ciągle się pilnować i doskonalić. A swoją drogą znam mnóstwo rodziców, którzy kochają, ale nie lubią swojego dziecka…bo to dziecko nie takie, jakie się chciało, całkiem inne niż mama czy tata…chce się je zmieniać, formować pod swój wzór…ech

  • Myślę, że miłość do naszych bliskich śmiało możemy podzielić na tę bezwarunkową, z którą się rodzimy i determinowana jest więzami krwi, genami ect. jak rodzice czy dzieci oraz tę, którą wybieramy np. partnera życiowego. Zdecydowanie łatwiej jest nam odpowiedzieć na pytanie zadane ad hoc odnośnie tej drugiej, w końcu sami tę miłość wybraliśmy. Z drugiej strony miłość do dziecka i rodziców jest o wiele głębsza i bezinteresowana. Warto również pamiętać, że nie kocha się za „coś”, a pomimo „czegoś”.

    • Ciekawa dygresja. Faktycznie, łatwiej jest wskazać powody miłości do osób obcych, których sami wybraliśmy, niemniej jednak myślę, że miłość determinowana genami a miłość bezwarunkowa to jedno i to samo. Lepszy byłby podział na miłość wynikającą z pokrewieństwa i tą świadomą, wynikającą z naszych upodobań.

  • Masz rację, często rodzice tak się wczuwają w bycie rodzicami, że zapominają o tym, że maja przed sobą małego człowieka, który może być na prawdę fajna i wartą poznania osobą. To samo obserwuje też u wielu znajomych małżeństw. Niby są ze sobą, ale tak naprawdę nie wiele o sobie wiedzą, nie maja wspólnych zainteresowań i w sumie, to żyją obok siebie, a nie ze sobą.

    • Dokładnie. Ja się tu tak kurczowo złapałam relacji dziecko – rodzic, ale fakt jest taki, że z tym lubieniem to ciężko w przypadku każdej miłości, na przykład tej małżeńskiej. No właśnie.