Kurs neuroprogramowania

(z cichym uśmiechem w stronę Ani z PKNDL, po raz kolejny pada magiczne słowo)

Wszystkiego w życiu warto doświadczyć. Podobno każdy, kto przewija się przez nasze życie, czegoś uczy, coś zostawia, a czasem odbiera na zawsze. I mimo że prawdopodobieństwo niepowodzenia relacji zawiązywanych na każdym kroku jest większe niż to, że ktoś stanie się naszą bratnią duszą, to cholernie głupio zamknąć się tak na wszystkich i wszystko. 

Lecz czasem zamiast zwykłego prostactwa i chamstwa, doświadczamy czegoś o wiele gorszego. Czegoś, co pragniesz wpuścić do swego świata, co zapuszcza korzenie w zwojach i zmienia światopogląd. Coś, co daje pozorne ukojenie, pomaga, ale celuje prosto w klatkę.

I bezpowrotnie tę klatkę otwiera, łamiąc kluczyk.

Może to być podyktowane czystą zazdrością, zawiścią albo instynktem samozachowawczym. Podświadoma chęć eliminacji konkurencji bywa silniejsza niż jakiekolwiek relacje. Podświadomość może w tym wszystkim odgrywać bardzo istotną rolę, bo nie wierzę, że w tych samych włóknach mięśnia sercowego niektórzy z nas skrywają aż tak ogromne wyrachowanie.

Siląc się na zobrazowanie, na początku, takie osoby są jak ośmiotysięczniki. Ich się nie lubi. Je się pożądą. One porywają Twoje zmysły podczas pierwszej rozmowy. Chcesz się znimi przyjaźnić. Oddać się im bez reszty. Już przy samym poznaniu czujesz dług wdzięczności, który trzeba spłacić.

Wspomniane jednostki myślą i działają ponad sferą uczuć, świadomości i komfortu innych osób. Tych szarych, często naiwnych. Być może Ciebie. Sterują nimi, niczym lalkami w teatrzyku. Wiedzą, którą linkę pociągnąć, aby nie bolało, ale działało na czyjąś korzyść. Wiedzą gdzie uderzyć i gdzie stanąć, by najlepiej widzieć swoją laleczkę. By nie spuszczać jej z zasięgu wzroku. By miała poczucie niezależności, karmionej przynależnością do grupy, świadomością z posiadania przyjaciela. Bo przecież ludzie są dobrzy. Przecież znacie się tyle lat. Tyle cholernych wspomnień, wyjazdów, ognisk, przegadanych nocy, wspólnych sałatek, klejących się od Grenadine stołów i jeszcze bardziej lepkich dusz po alkoholu, ale i na trzeźwo. W urodziny i w negliżu, ławka w ławkę, ramię w ramię, przy notatkach i przy kiblu, w dole i w jeszcze większym dole. Nieważne jaki okres w życiu ma miejsce. Dorastacie. Razem. Uczycie się swoich zachowań i (często wątpliwego) poczucia humoru. Rysuje się mapa- złożony ciąg dróg, które razem przeszliście, cele i nadzieje. Zapisują się te wszystkie piękne frazesy i życzenia- Niech ta przyjaźń trwa na zawsze. 

Ludzie nie są źli z natury. Nie są też z natury dobrzy. Po prostu nie są żadni. Wierzyłam w to i wierzyć będę, a wszystko na co się decydujemy to pochodna wzoru, jaki na siebie wyprowadziliśmy. Z pełną świadomością. Kurs neuroprogramowania, jaki przeszli niektórzy z nas też się w ten wzór wpisuje. Uczący fałszu, manipulacji, grania na emocjach ładną buźką i jeszcze ładniejszymi słówkami. Olśniewającym pierwszym wrażeniem obcowania z cudem.

W jednym z poprzednich wpisów- Kawy i pacierza nie odmawiam napisałam, że z wiarą jest generalnie tak, że schody zaczynają się w momencie, gdy w głowie wykiełkuje jakaś antystrategia. I tak samo jest z neuroprogramistami. Jeden bodziec, zbyt mocno szarpnięta linka przymocowana do pleców sprawia, że z oczu lalek spadają klapki. Wzmaga się czujność. Już nic nie jest i nie będzię tak słodkie jak wcześniej. Wtedy właśnie wszystko zaczyna się rozpadać i układać w całkiem nowy wzór, który do tej pory był niedostrzegalny. Zdajesz sobie sprawę, że wtedy, kiedy Ty myślałeś, że idziecie ramię w ramię, ona szła kilka kroków za Tobą. Wpływała na każdy ruch i już dawno Cię rozpracowała.

alone, buildings, cityA ja tak bardzo się oddałam. Tak bardzo chciałam mieć szefa. Czy brać się za szukanie winnych, skoro już dawno sama na siebie wydałam wyrok?  Kiedy to się właściwie stało? Kiedy moje zdanie przestało być moje i odeszło razem z niezależnością? Cała charyzma stępiała się jak nóż o jakąś osobę, w dodatku tak bardzo niekompetentną, jakby się zastanowić. I kiedy już człowiek dojdzie do pewnych konkluzji, co już wydaje się krokiem milowym, rozbijają się one w pizdu o rzeczywistość. Bo właściwie gdzie chcesz wracać, skoro tak sobie zbudowałaś świat. Ci ludzie, toksyczni czy nie, są Twoim fundamentem. Twoim splotem słonecznym i rzeczywistością. Od teraz dusisz się w sobie i włączasz tryb czuwania. Bardziej obco wśród nowej rodziny nie czułeś się nigdy. Ona to widzi. Czuje i dopytuje. Żąda odpowiedzi, a Ty nie chcesz nikogo urazić. Zamykasz się w swoim marnym, samotnym świecie i czekasz na cud, jak przystało na dorosłego człowieka. Unikasz telefonów, spotkań, bo od teraz masz wrażenie, że nikt nie działa na Twoją korzyść. Linka na plecach, zaczyna uwierać tak, że powieszenie się na niej byłoby całkiem dobrym rozwiązaniem. Ale nie dasz jej tej satysfakcji.

Może i nie masz zbyt wiele poza nimi, ale kiedy najważniejsza stała się ilość?

Chcesz zaplanować koniec, ale się nie da. Potrzebujesz argumentów. Dlaczego było Ci źle. Trzeba będzię się tłumaczyć. Ale co Ty, do kurwy nędzy, możesz powiedzieć, skoro żaden argument nie jest namacalny. Skoro każdy jeden, dotyczy tego drugiego dna osobowości neuroprogramisty.  Powiesz, że widziałeś w jej oczach uśmiech, kiedy Twoje były zalane łzami? A może, że po godzinnym pocieszaniu w środku nocy na trawniku, za drewnianymi drzwiami toalety mówiła do pierwszej napotkanej osoby, że to śmieszne, że Ci się nie uda. Drewniane drzwi nie są tak grube jak się niektórym wydaje.

Planujesz co powiesz, i za każdym razem kończysz rozważania myślą, dlaczego właściwie ludzie czujący do siebie ujemne afekty nie idą na solo. Solidny wpierdol byłby bardziej adekwatny niż ta politycznie poprawna scenka, która ma się odbyć i zwieńczyć koniec.

Ale nawet jeśli nie powie się nic, nawet jeśli ze spektakularnej dyskusji wyjdzie krzywy bełkot- liczy się finał. Wyjście z hermetycznego słoika, w którym brakuje już tlenu, a ludzie sami nie wiedzą w którą stronę iść, żeby nie walić głową w ścianki. Tyle osób, a i tak każdy czeka na nowy żer. Nową energię, bo, jak już wspomniałam, ilość to kiepski wyznacznik jakośći relacji.

A kiedy koniec nadchodzi, patrzysz się w oczy bestii i jedyne co czujesz to instynkt samozachowawczy. Wszystkie mądre argumenty tworzą supeł, który próbujesz rozwiązać grając na zwłokę. Tak miło by było powiedzieć coś mądrego, bo wiem, że pokłosie tej sytuacji będzie ciągnęło się za mną smrodem jeszcze bardzo długo. Ale tak się nie dzieje. Mechanizm sterujący ciałem wyładował się zupełnie pozostawiając na chodzie tylko tryb czuwania odpowiadający za ruszanie kończynami. Ktoś coś mówi, ktoś nowy przychodzi i wtrąca swoje grosze. Nawet w obliczu końca nie umiesz się postawić. Nie umiesz opowiedzieć o całym misternym teatrzyku, który miał miejsce, bo za dnia takie tematy brzmią śmiesznie. Wyśmialiby Cię. Robią to.

Trochę szkoda. A trochę nie.

Bo nie silisz się na efektowne zejście ze sceny niepokonanym. I chyba zaczyna coś puszczać. Całe napięcię znika. Przymujesz kilka końcowych ciosów z uśmiechem. Bo jest koniec. „I nic. Jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca, lecz widać można żyć bez powietrza.” A nawet trzeba, jeśli przez lata uzależniałeś się coraż bardziej od zaciągania się spleśniałym powietrzem drewnianego teatrzyku. Wypadasz z obiegu i mimo, że na początku nowej drogi jest trochę przykro, to obiecujesz sobie, że nigdy więcej nie wejdziesz do podobnego bagna. Chociaz na wieczność musisz borykać się z mokrymi nogami.

I oto jestem. Szczęśliwsza niż kiedykolwiek, chociaż z patchworkową twarzą. W nowym obiegu, na nowych zasadach. Bez sentymentu i żalu do tych, którzy wtedy rzucili kamień bez potrzeby. Ja te kamienie skrzętnie sobie pozbierałam kochani. Ja je mam oprawione.

To moje trofea.

Mam nadzieję, że post przypadł Ci do gustu! A żeby zatrzymać Cię na dłużej, zapraszam do polubienia strony Emplace na Facebooku oraz Twitterze, co by być na bieżąco z nowymi postami, sprawami ważnymi i ważniejszymi ;)
  • Ja bardzo lubię ten zryw wiatru, jak idę w NOWE. I bardzo lubię, że wróciłaś.

    • Znów się, co prawda, muszę nauczyć b y c i a, bo lekkie to to przestało być wieki temu. Porządek u siebie zrobiony, teraz odfruwam z tym wiatrem do innych dusz blogowych. Też się cieszę !!

  • Dlatego właśnie na 1 miejscu listy „rzeczy”, których nie lubię są „Ludzie”. Wyobrażam sobie czasem taki świat, że jestem sam na jakiejś wyspie, wokół pełno kotów i śpimy cały dzień 😉 A tak na poważnie, to mam czasami wrażenie, że wiele osób chciałoby podstawić mi nogę, żeby tylko zrobić mi na złość. Ot taki kaprys, ja leżę z twarzą w błocie a oni u góry odnoszą zwycięstwo. Tacy trochę ukryci psychopaci. A jest to dla mnie tym bardziej przykre, że ja nie byłbym w stanie zrobić nic złego nikomu, bo po prostu nie potrafię. Nie mógłbym być nawet złośliwy, bo mam potem poczucie winy, czuję że jestem gorszy od tych osób. A to głównie przez to, że jestem introwertykiem i zanim coś powiem to muszę przeanalizować 150 argumentów za i przeciw. Odczuwam wszystko zbyt mocno. Nawet teraz jak to piszę to kilkadziesiąt razy muszę przeczytać zanim kliknę, żeby poszło dalej. A może to nie introwersja tylko ja jakiś głupi jestem…? muszę nad tym pomyśleć, bo to może być coś z głową. Byłoby zabawnie.
    Fajnie, że wróciłaś i to z takim tekstem. 🙂

    • Też się niesamowicie ekscytuję na myśl o powrocie!
      To w sumie smutne co piszesz, z tym pierwszym miejscem na liście. Też najchętniej bym ich tam umieściła, gdyby nie fakt, że są mi potrzebni jak powietrze. Aż się boję na myśl o tym, ile razy jeszcze przyjdzie mi zbierać swoje potłuczone nerwy i tkanki, którymi znów ktoś pogardził. Mimo to, nie zrezygnuję z ludzi.
      Pisząc ten tekst, pewnie nietrudno się domyślić, że zawiera (pewnie dość pokrętnie opisane) wątki biograficzne. Takie żywcem zeskrobane myśli z języka. I mam nadzieję, że tym tysiącem liter dam wszytkim ukrytym psychopatom, jak ich trafnie nazwałeś, znak, że już wystarczy tych sztucznie przyklejonych uśmiechów, pod którymi kryją się małe zemsty. Świat dorosłych to taki sam cyrk, jak dawne przedszkolne piekiełko. Tylko przedszkolaki wyrośnięte.

      • Wiem, że smutne, ale tak niestety jest i co zrobić. Domyśliłem się, że pisałaś o sobie i myślę, że o niektórych rzeczach trzeba pisać pokrętnie. Zresztą ja lubię takie teksty.
        Ostatnio naszło mnie na czytanie Kochanowskiego, głównie Treny. I nie wiem dlaczego bo są smutne ale lubię ten styl. Jest dla mnie bardzo żywy. To jest coś niesamowitego, napisać tekst, który przetrwa taką próbę czasu.

        A idąc dalej, patrzę na to co dzieje się w ogóle w naszym polskim społeczeństwie, to coś okropnego. Od kilku lat to się nasila, ludzie się nienawidzą, wszędzie słychać tylko „Śmierć wrogom ojczyzny”, „Zakaz pedałowania” itd. To bardzo smutne i straszne zarazem.
        Skąd w nas tyle złości?
        Dlatego też żartowałem z tą wyspą i kotami, bo mam ludzi po prostu dość. Niedługo dojdzie do tego, że wszyscy się pozabijają. A ja będę oglądał to na żywo na Facebooku, bo jakiś Seba zrobi transmisje.
        2017 rok ale mentalnie cofamy się ciągle do tyłu.

        • A ja już nawet słyszałam o takich transmisjach, także…
          Też nie rozumiem tej wąskiej ideologii, która wiedzie lud na barykady ich zacofania, jakby nie patrzeć. We mnie włączą się od razu odruch naprawiania i zbawiania świata. Jeśli nie po dobroci to inaczej, byle by tylko oczyścić to cieżkie powietrze między ludźmi różnych światów. Niestety to utopijna wizja i żmudna praca, która tylko wykańcza i często nie przynosi żadnych rezultatów, więc koniec końców już lepiej się chyba od razu wycofać i nie strzępić ryja i nerwów. Od razu one way ticket na tę wyspę!

          • Też czuje dużą potrzebę zmiany świata i ostatnio doszedłem do wniosku, że tu chyba pomogłoby tylko zrzucenie atomówki.
            Wąska ideologia to trafne określenie. Dzisiaj oglądałem filmik, w którym Biedroń zapowiadał, że na Dzień Dziecka, dzieciaki, które wygrały pewien konkurs przez jeden dzień będą rządziły Słupskiem. Nawet będzie nowy mały prezydent, który go zastąpi. Fajna akcja. Szkoda, że ci „normalni” nie potrafią niczego poza sianiem nienawiści.

  • Chciałbym jakoś konstruktywnie się do tego odnieść. Ale przychodzi mi tylko na myś – bardzo dobry tekst! Jak to mówią ból doświadczeń sprawia, że śmiech znika. „dlaczego właściwie ludzie czujący do siebie ujemne afekty nie idą na solo. Solidny wpierdol byłby bardziej adekwatny” – chyba jako dzieci jesteśmy bardziej inteligentni, bo pamiętam, że wtedy tak rozwiązywało się problemy;) Czytając większość mam wrażenie, że tyczy się to osobistych nieudanych relacji, ale jeżeli chodzi o ludzi jak śpiewał ostr. „Każdy z nas ma patent by nie stać się judaszem” Jeżeli ktoś podróżował to wie że każdy kraj to inna kultura i są kraje gdzie ludzie są naprawdę przyjaźnie nastawieni, a życie po mimu braku luksusowych aut, stokrotek i kerfurów jest znacznie atrakcyjniejsze 😉