Jak to jest skończyć na pętli.

I wtedy przyszedł wrzesień. A ja zbaraniałam. Chyba nie byłam przygotowana, a może po prostu w pełni sił złamałam się na próbie generalnej. Nie wiem. Powiedzieć sobie można wiele, na przykład, że jak tylko krople żołądkowe zadziałają i przywrócą widoczność znad muszli klozetowej, to się nie zmiesza więcej Martini z wytrawnym. Warto myśleć przyszłościowo i się zabezpieczać. Ale wtedy przyszedł kolejny wrzesień a ja wielce zdziwiona, stojąc przy oknie, już nieco poważniejszym głosem, takim dojrzalszym bo o rok dłużej zdzieranym pytam się, kurwa, wrześniowej jutrzenki ‚Jak to, znowu?’. I co? Że mnie tak niby rok w rok będzie nachodził t e n wrzesień i t o lato a po nim jesień? Ile razy można przeżywać w kółko ten sam miesiąc? Cóż za rażąca niesprawiedliwość, choćby ze względu na to, że ja się starzeję a otoczenie tylko aktualizuje.

Ale w końcu można odetchnąć. Chociaż na chwilę. Oddech pogłębić mentolem patrząc ze szczytu Golgoty. I co tam widać? Ostrość już nie ta, z roku na rok coraz bardziej rozmazane te moje twarze na kilkunastu zbitych w dwójki deskach. Śmieszne grymasy złączone w jednym zdziwieniu. A tyle obliczy. To takie słodkie.

Tyle sobie człowiek naplanuje, tyle się namarzy, wizualizując siebie na jakimś przyjemnym wybrzeżu wakacyjną porą, a z góry i tak dobiega ten sam zuchwały śmiech. Że nagle ma się ochotę pierdolnąć tym bullet journalem, bo to zawsze nieprzyjemne jak ktoś się z nas śmieje. Tym gorzej jeśli słychać też chórki. I echo, które odbija się od dziesiątek rozmytych jak u Moneta, ale znajomych gęb. To chyba sztuka. Dzieło niczyje. Niepodpisane.

I do kogo te gęby należą? Kim są ci ludzie, którzy pomagają mi tworzyć, na nowo, tę samą kserokopię. Których moja podświadomość wpisuje w muzealne ramy? I czy to ja jestem im bardziej potrzebna czy oni mnie?

Każdą kartkę otwiera nowy akapit. Im cięższy bagaż, tym silniejszy nacisk na pióro. Ale niezależnie od warunków to wciąż szansa na zbudowanie siebie na nowo. W nieco bardziej przemyślanej wersji. ” I jakoś sobie radziłam. Taka mocna, wie pan, niezłomna silna kobieta. Niezależna, feministka. Co mnie mnie może złamać, myślałam. A jednak…”

I czasem tylko, jak się przydarzy taki wyjątkowo paskudny, bo mroźny, wrześniowy wieczór, można usiąść i pomyśleć. Można zapalić i ukraść komuś ostatni łyk kawy. Dozując go, bo trzeba czymś jeszcze zapić magnez, Rutinoscorbin, cynk, Gripex, żelazo i całą resztę tych kapsułek, tych wiecie, od których się człowiekowi chce żyć i wstawać rano. I kiedy już masz pewność, że chemia odwali pół roboty za ciebie, wyciągasz zapalniczkę myśląc czy zawsze tak było. Czy przez całe życie w styczniu, lutym, marcu, czerwcu sumiennie wrzucałaś grzybki do koszyka, żeby przy wrześniu potulnie wracać na start, jak w Grzybobraniu. I, jeśli tak, to skoro pierwszym krokiem do rozwiązania problemu jest jego zauważenie, to czy za rok uda się oszukać przeznaczenie. Pamiętam, że strasznie nie lubiłam tych kurewskich planszówek. Tak bardzo nienawidziłam się podporządkowywać. Tak usilnie wymyślałam swoje zasady.

Tak się można zamyślić, że cały wieczór minie. Cały wrzesień nawet. Przy tym oknie i z gołą szyją. Na tym jednym, zaciśniętym w gardle, łyku i wspomnieniami z niezbyt urokliwego dzieciństwa.

Ale oto jedzie, mała Madzia, włos rozwiany, kurtka mokra od deszczu i tylko oczy błyszczą jak zmoczone łzami kamienie, a w głowie pustka, przecudowne nic. No więc jedzie. Czego dziś chce? Polecieć raz, tam, bez powrotu?  Mknie na rowerze, mała dwudziestojednoletnia dziewczynka, przed którą całe życie. 

Cała masa wrześniów.