Szczęście to sztuka zapominania.

Ćwiczymy pamięć. Nieustannie i na każdej płaszczyźnie. Słyszymy „Na rozwój synaps najlepszy cynk i magnez”, a więc biegniemy do apteki po swoją porcję. Gdy dotrze do nas informacja, że najlepszym sposobem na poszerzanie granic pamięci jest nauka- nabieramy motywacji i ochoty i nie chcemy być głupsi. Echem odbijają się wszelkie naukowe hipotezy odnośnie nieograniczonej pojemności pamięci długotrwałej. Brzmi cudownie. Wszak przedsionkiem nieba byłoby móc usprawnić do granic możliwości nasze obwody pamięciowe. Móc przekształcić je w worek bez dna, z wiecznie aktywnym i samoaktualizującym się spisem treści.

Chcesz uparcie znaleźć wszystko, kończysz z niczym- realizm w związku, czyli niekonieczne skreślić.

To nad wyraz ciekawe, że Małe życie cieszyło się u mnie tak niepochlebną recenzją (klik), a jednak już któryś raz z rzędu powołuję się na jej okropność. Kilka smaczków bowiem swoim błyszczącym okiem wyłapałam i jeden z nich okazał się zbyt ujmujący w swej prostocie, by go tutaj, na moich kartach, zabrakło.

Koncert życzeń

W którymś z postów stwierdziłam, że moje życie to podejmowanie ciągłych wyzwań, którym nie mogę sprostać. Cały czas tę definicję rozszerzam i takim sposobem dodać mogę, że moja autobiografia byłaby sinusoidą towarzyskości i samotności. Obserwacja z pozoru błaha, ale wzięłam ją pod lupę na tyle bardzo, aby ten post powstał i siał refleksje.