Chcesz uparcie znaleźć wszystko, kończysz z niczym- realizm w związku, czyli niekonieczne skreślić.

To nad wyraz ciekawe, że Małe życie cieszyło się u mnie tak niepochlebną recenzją (klik), a jednak już któryś raz z rzędu powołuję się na jej okropność. Kilka smaczków bowiem swoim błyszczącym okiem wyłapałam i jeden z nich okazał się zbyt ujmujący w swej prostocie, by go tutaj, na moich kartach, zabrakło.

Panowie Można Spie*dalać

Czyli w skrócie PMS. Dla płci brzydkiej- to coś, czym kobieta się staje i co ją dopada na gruncie psychicznym , bo ja o tym, tuż przed oraz w trakcie okresu.

Tak więc, Ho! Ho! Ho! Czyżby ta piękna książka zwana marnym życiem, znów otworzyła się na rozdziale zwanym o k r e s ?

Na marginesie, czy tylko ja uważam, że nie ma dobrego określenia na ten comiesięczny survival? Miesiączka, menstruacja, krwawienie (!), ani w tym subtelności, ani finezji. Bardziej przypomina hasła związane z wojną. No i dlatego pewnie, chcąc nie chcąc, już na wstępie kasamy rękawy i przygotowujemy się na rzeź niewiniątek.

Facet na miarę baniek

O macico! Tyś kurwą, ile Cię trzeba nienawidzić, ten tylko się dowie, kto akurat ma Cię spuchniętą i pełza z bólu..(*heavy breathing*) szybka personalizacja wstępu dokonana, mogę przejść dalej.

Jak sobie pomyślę, ile razy wynikiem mojej chronicznej nudy były karteczki z punktami jak miałby się jawić ten mój, pozwolicie, ryycerz na swym koniu bieluśkim, to następuje *oczu przewrócenie* *policzków uniesienie* *czoła zmarszczenie*, na żywot śmieszny. Amen. Byłam małą marzycielką, oj byłam. Byłam nawet dużą, bo kto mi zabroni? Zresztą zawsze staram się celować w księżyc, pewnie znacie to przysłowie 😉

Pokolenie IKEA

Godzina 23 minut 19. O tym jak bardzo ‚kręcą’ mnie nogi (tak się to zwie?) , a raczej kości mogłabym krzyczeć godzinami. Mówią, że to na zmianę pogody, w co zawsze wątpiłam. Zabawne uczucie i szczerze wierzę, że to efekt uboczny siłowni.

 

Czas teraźniejszy zdecydowanie nie jest moim ulubionym. Szczerze mówiąc duszę się w sosie własnych zaległości i obowiązków. Niby wolne, ale jednak coś ciągle nade mną wisi i powiewa, wskutek czego wcale nie czuję, żebym te swoje baterie ładowała.
JEDNAK, taki czas sprzyja specyficznym wyborom, jeśli chodzi o literaturę. Tak oto, bardzo ambitnie mój mózg skierował ręce ku Pokoleniu IKEA.
Chwila, moment a przejdę do tej recenzji, ale jeszcze postawię pytanie, czy to powszechne, że w pewnym momencie macie ogromną ochotę na pisanie, warunki sprzyjają, ale przychodzi co do czego, to nagle się okazuje, że Wasze neurony są jakby zanurzone w smole i pisząc, szarpiecie się robiąc dwa kroki wprzód, jeden w tył, dwa w tył, jeden w bok? To ja. Teraz.
Gdyby Empik był apteką samoobsługową, a ja na ‚czas teraźniejszy’ potrzebowałabym pilnie czegoś nieinwazyjnego, co zadziałałoby na ból istnienia, Pokolenie IKEA było by takim Apapem. Albo nie, Ibupromem, bo tak jak niektórzy mają uczulenie na ibuprofen, tak i zawsze znajdą się jednostki z alergią na ‚luźne książki’. Jednym słowem daje ukojenie, nie zostawia śladów w psychice i generalnie jest jakby przyjemniej. Dobra. Wysiliłam się z porównaniem. Ale przejdźmy do rzeczy. To, co widoczne na obrazku, jest drugą częścią sygnowaną wdzięcznym tytułem. Tym razem w dużej części widziana oczami kobiety, chociaż i tak uważam, że to mężczyzna wiedzie prym całej pozycji. Pisałam ostatnio o książce Męskie sprawy, która jest naprawdę solidnym mostem, który połączył mój, kobiecy mózg z tym męskim, ocenianym przeważnie stereotypowo. Ta pozycja z kolei troszkę te stereotypy zdaje się podtrzymywać, a szczególnie powiedzenie, że mężczyzna jest prostą machiną, ma tylko jedną wajchę. Taki jest bowiem nasz główny bohater. Banalny? Gburowaty?  Infantylny? Owszem. W dodatku z patentem na zdradzanie i traktowanie kobiet przedmiotowo. Ale czytając te, wbrew pozorom, niezwykle życiowe treści, na chwil kilka stałam się facetem. Serio. Na wszystkie przygody, partnerki patrzyłam jego oczami, a to już duży plus autora. Kolejny, to w sumie ciekawe opisy scen erotycznych. Krótko mówiąc pieprzy się gość na prawo i lewo, bo, umówmy się, może; i w dodatku każda kolejna przygoda jest jeszcze ciekawsza od poprzedniej. Nie wiem, czy film na bazie tej książki byłby zdatny do obejrzenia gdzieś poza Redtube ale to jak zabawnie i przewrotnie opisane są wszelkie, nawet te najbardziej szaroburonudne sprawy zaskoczyło mnie.Z drugiej strony książka jest w sumie dramatem. Naszych czasów? Naszego pokolenia. Historie z pozoru wzięte z dupy, zazębiają się idealnie, bo łączy je jedna rzecz – w każdej coś nie gra. Nie wiem czy nawet skrajny optymista znalazłby jakiś happy end. A jednak- dalej podtrzymuję- czyta się ten chaos z bananem na twarzy. Tak między nami, momentami czułam poirytowanie. Konkretne, bo mimo groteski, to cholera każdy tu musi mieć coś na sumieniu. Już zaczynasz ufać gostkowi, bo fajna posadka, bo dobre relacje z żoną, codziennie seks i obiad, dzieciak też niczego sobie, widok na warszawę z 10go piętra i co? Koncertowo dostajesz w twarz. Laska robiona pod biurkiem przez 19letnią stażystkę też wpisuje się w ten sielski żywot. Cóż.. i weź tu bądź mądry człowieku i ufaj drugiej połówce po takich tekstach ! (Joke ofkors)

Taka to książeczka fajna do porannego fit oczywiście koktajlu, a jeszcze fajniejsza do winka wieczorem, próbowałam. No i w podróży się sprawdza, kolega tak twierdzi.

Jako że zawsze jakiś cytacik skrobnę na zachętę, tak i tu miałam kilka przygotowanych, ale jak spojrzałam na ostatnią stronę, gdzie złowrogo zapisano ‚Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnicstwa’ to się troszkę wystraszyłam, dlatego aby przypadkowo nie trafić za kratki, dam sobie spokój z cytowaniem.

Przyznam, że na moje nieszczęście książka również na końcu nie ma happy end’u. Chociaż w sumie ma. Zależy. Ale to, jakie refleksje towarzyszyły bohaterowi na ostatnich stronach coraz częściej dopadają i mnie. O czym mowa? No to już sobie sami przeczytajcie.

P.S. Ktoś czytał? Może znacie książki w podobnym klimacie?

Zamknij oczy, ale nie skacz

Dzisiejszy wpis będzie oparty na wywiadzie Karoliny Siluk z psychoterapeutą Michałem Modlińskim o dźwięcznym tytule Zanim powiesz sobie dość.

Niedługo z pewnością stworzę co nieco o moich ulubionych periodykach, dlatego nie będę się tu rozmieniać na drobne, wspomnę tylko, że wywiad pochodzi z Urody Życia edycji sierpniowej.
Tekst ten przypadł mi do gustu nie tyle zgrabnymi sformuowaniami co przekazem. Bardzo rzeczowym.
Tak jak pisałam poprzednio o silnych fundamentach mojego związku, tak nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że zawsze było kolorowo. Nie było, zdarzały się naprawdę cudowne kryzysy, o których samo myślenie wprawia mnie w zły nastrój, więc może dlatego tyle uwagi powierzyłam tym kilku stronom.
Fragment, który najbardziej ze sobą utożsamiłam dotyczył metaforycznej kłotni małżeńskiej, gdzie para przez lata odkładała na wspólny dom,a gdy przyszło wybierać kafelki polegli. W trakcie urządzania domu złożyli pozew rozwodowy. Kończył się słowami

Spychamy dyskusje o kluczowych sprawach, bo one są trudne. Łatwiej jest pokłócić się o ”glazurę”, jest bardziej konkretna.

Dało mi to dużo do myślenia i cieszę się, że ktoś powiedział to na głos, bo w końcu widzę, że to jest problem. Problem, o którym nawet nie myślałam, a który niszczył zdecydowanie za dużo fajnych chwil w moim życiu. Ciężko powiedzieć coś wprost, łatwiej wyżyć się chwilę później o Bóg wie jaką drobnostkę. Nikt z tej opresji nie wychodzi mądrzejszy, a przecież chyba o to chodzi, by się cholera jasna uczyć na tych swoich błędach.

Kolejny fragment traktował o współczesności i tendencjach, jakie można zauważyć, jeśli chodzi o trwałość związków oraz sam ich schemat. Pan Michał mówi:

Żyjemy w czasach wewnątrzosobistych sporów. Kiedyś kultura i sieć zależnosći społecznych były bardziej ścisłe. Dziś budujemy osiedla z domofonami i odgradzamy się od siebie. Kultura popycha nas głownie do tego, żebyśmy byli indywidualnie efektywni. […] Zbiorowy sukces to nie sukces. Sukces musi mieć dziś jedno imię i nazwisko, straciliśmy zdolność organizowania się wokół czegokolwiek. Każdy na własnym odcinku ma być mistrzem. I tyle się liczy. To nie służy budowaniu żadnej relacji.

Mocne? Moim zdaniem tak. Zbiło mnie to z tropu na dobrych kilka minut. Patrzyłam się przez okno ( bo akurat jechałam busem do rodzinnego miasta) i trawiłam te słowa. Nawet teraz, pisząc ten post, łapie mnie refleksja.

Rozwód nie jest żadnym lekarstwem. Jest taki dowcip: moja druga żona ma wady mojej pierwszej żony plus swoje. 

Moja przyjaciółka spotkała się kiedyś z komentarzem bodajże z jakiegoś francuskiego filmu, gdzie młoda dziewczyna stwierdziła, że poznała faceta ze snów. Idealny jak na pierwszego męża. Zgrzyta mi to zdanie, bo jednak żywię się sloganami rodem naszych babć- związek jest jak dom, kiedy przepala ci się żarówka, wymieniasz ją a nie kupujesz nowy dom. Ilość rozwodów w dzisiejszych czasach nawet mnie zadziwia. Nie jestem osobą wierzącą, więc aspekt religijny rozwodu mnie nie wzrusza, jedank płaszczyzna czysto psychologiczna już tak. Szczególnie, że- jak również pisze Pan Michał- rozwód nigdy nie jest zerojedynkową sytuacją a na miejsce po wyprowadzce partnera nie wprowadziło się szczęście. Cóż..

Oddaję w Wasze ręce te cytaty, bo myślę, że nic tu dodawać nie trzeba, zachęcam do przeczytania całości, naprawdę można wyciągnąć dla siebie kilka cennych informacji.

Need to breathe

To jest ten dzień. Dzień, kiedy mogę rozwalić się w swoim łóżku, w miękkiej kołdrze i pod ulubionym kocem. Wkoło świeczki, bo grzmi i błyska w najlepsze; nie mogę zatem powiedzieć, że panuje idealna cisza, jednak jest idealnie cicho. Długo na to czekałam.


Dziś po południu wróciłam od swojego chłopaka, który mieszka jakieś 60 km od mojego miasta. Spędziliśmy ze sobą cudowny czas, na który czekaliśmy odkąd zaczęły się matury. Poprzysięgliśmy sobie, że tak długo jak tylko ze sobą przeżyjemy i się nie pozabijamy, będziemy spędzać razem każdą chwilę. No i jakoś tak się stało, że wytrzymaliśmy 10 dni. Właściwie to 2 tyg, z drobnymi przerwami.
Wiem, że ta relacja ma solidne fundamenty, jednak nasz związek jest na tyle dynamiczny, że tak naprawdę każde nasze spotkanie może się w jednej chwili przerodzić w coś wielkiego, wybuchowego, pięknego, obrzydliwego etc. Potrafimy w jednej chwili zniszczyć dach, wybić szyby i wykarczować cały ogród, ale tak jak mówiłam- fundamenty zawsze stoją nienaruszone. I tak oto, wracając busem i zbliżając się do mojego domu czułam lekką ulgę. Lubię zmiany otoczenia, ludzi, miejsca, lubię odpoczywać. Może to wynika z tego, że jestem jedynaczką, w dodatku wychowywał mnie tata, więc wiele emocji i doznań przeżywam wewnatrz, po męsku, po cichu; można powiedzieć wręcz, że utożsamiam się z introwertykami. Mój Osobisty często ma problemy z tym, by to pojąć i dać mi komfort oddechu, dlatego dopóki nie mieszkamy razem, doceniam chwile kiedy jesteśmy ze sobą jak i te, kiedy funkcjonujemy osobno, w różnych miastach. W jakimś sensie następuje regeneracja, wylinka- zrzucanie starego naskórka, pod którym kryje się coś piękniejszego, co druga połówka dostrzeże przy ponownym spotkaniu oraz ładowanie baterii i powiększanie pamięci na kolejne przeżycia i wyjazdy. Momenty oddechu są niezwykle ważne w każdej relacji, ale w miłości, chyba najprzejrzyściej je dostrzegam.
Zatem odkryłam kolejny ważny motyw bycia razem- umiejętność bycia osobno. Cały czas się uczę, a fundamenty rosną w siłę.

W związku z

I przyszło mi pisać o miłości. Ku ciekawym terenom brnie moja wena. Tak czy siak cukierkowo nie będzie. Jak zawsze- piszę z potrzeby. Tym razem stworzył się post nieidealny na temat magii związku.
A raczej jej zawieszeniu. Otóż w ładnym ujęciu- magia często się zawiesza. Czasem zdarza mi się usłyszeć ” Zazdroszczę wam, taka fajna, luźna, zgodna para, znacie się na wylot, taki staż, świrki, bajerki za wami, też bym tak chciał(a)”. Oczywiście przytakuję, ale cudem trzymam na wodzy swoje faktyczne emocje. Nie jestem bowiem w stanie stwierdzić, czy cokolwiek w moim żcyiu wymagało tyle trudu i pracy, wyrzeczeń i poświęceń, niż właśnie związek (w starciu z maturą – remis ).
Gdy wspominam początki, uśmiech sam maluje mi się na twarzy. Lubię tą całą otoczkę pierwszych kroków, choć w moim przypadku nigdy nie trwały zbyt długo. Wtedy każda nasza strona jest idealna. Nasz dystans do siebie jest olbrzymi, poczucie humoru uznaje za przezabawne każdy dowcip potencjalnego kandytata/tki, nawet ten spalony. Ta twarz, jest konsekwencją dobrych genów i hojnej matki natury, a samochód został kupiony za swoje, bo jakżeby inaczej. Na widok lubej/lubego wiersze same się piszą, a smsów na dobranoc nie ma końca. A, no i oczywiście na pewno miło jej będzie, jeśli dostanie go również na dzień dobry, więc na wszelki wypadek wstanę o 5:00 i napiszę coś kreatywnego..    A potem następuję obnażenie kreacji bohaterów.
 Okazuje się, że ‚naturalny’ błysk na jej policzku to rozświetlacz z Revlonu, piękne, proste, kasztanowe włosy, tak naprawdę są niechcianą szopą loków potraktowaną prostowanicą a ta koronkowa bielizna stanowi jakieś 0.02% zawartości garderoby, bo wygodniej w majtasach z H&M- tych do pępka. Jeśli chodzi o niego, cóż można rzec.. może i faktycznie jest kulturalny, ale czy na pewno tak bardzo stroni od przeklinania? Zapomnij… Perfumy? Owszem- Calvin Klein, ale nie dla Ciebie przy byle okazji- ten flakonik jest teraz od święta, a Tobie wystarczy antyperspirant. Jeśli w penym momencie coś zaczyna nieprzyjemnie pachnieć, to na pewno nie jest bąk..Kwiaty są ok, ale w sumie bez użytku, lepsze będą czekoladki. Albo wino. O! Albo czteropak. Tak, czteropak będzie idealny na wieczór.
Ktoś powie, że przesadzam.. no pewnie! O to tu chodzi, chociaż pewnie ludzie ‚związani’ się troszkę uśmiechnęli przez łzy ;>
Refleksja, jaka ostatnimi czasy mną trąciła, nawiązuje do przysłowia ‚Im dalej w las tym więcej drzew’. Boże, jakie to prawdziwe. Mówiąc szczerze, sama byłam przekonana, że im bliżej będziemy tej stabilizacji uczuciowej tym będzie prościej, ale jak się okazało- nic bardziej mylnego. W miarę upływu czasu, gotowość do boju rośnie. Boju o zaangażowanie, uwagę, magię.. Niestety, ale bardzo łatwo to zatracić i w końcu okazuje się, że w sumie to nic, że Chłopak przyjeżdża za 3h. Nieogolone nogi w wyświechtanych skarpetach i piżama nie powinny go wzruszać. ALE TO SIĘ DZIEJE. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Mimo kilku lat związku, zawsze się dla mojego osobistego staram jak mogę. Chcę się mu podobać i działam tak, by zawsze widział dziewczynę ze swoich snów. Może brzmi trochę drętwo, ale tak o tym myślę.
Kiedy związałam się z Nim, zaczynałam dopiero liceum i nie miałam ambicji, na związek do końca życia. Teraz mam i nie w głowie mi kompletnie ‚korzystanie z młodości’ eksperymentowanie i szukanie kogoś innego. Natomiast wiem z autopsji, że szczególnie przy związkach między ludźmi młodymi, po jakimś czasie pierwszy czar pryska i wtedy czuje się mini pokusy. Kiedyś stroniłaś od pubów, teraz stroisz się, bo liczysz na idealną noc z koleżankami i kolegami. Nie pomyślałabyś wcześniej o tańczeniu z innym facetem w klubie, teraz propozycja wydaje się kusząca. Wyjście ze znajomymi w piątek jest idealnym pomysłem, szczególnie, że odpoczniesz od swojej drugiej połówki. Potem wyrzuty sumienia, albo i nie, jednak sam fakt, że człowieka prędzej czy później zmienia swój punkt widzenia jest wiadomy. Ale właśnie ten czas, kiedy wiecie już o sobie wszystko, kiedy macie swoje wspólne tradycje, a miedzy was coraz częściej wkrada się rutyna, jest swoistym sprawdzianem i wbrew pozorom to wtedy trzeba wytoczyć działa. Nietrudno zaimponować komuś dopiero co poznanemu swoimi opowieściami, umiejętnościami, ale sztuką jest utrzymać to, co tworzyło się na przestrzeni lat, zaangażowanie, zainteresowanie, uwagę w ciągu wszystkich codziennych, szaroburych chwil, które w związku przeważają.
Jeśli juz jesteśmy w tym temacie, polecam artykuł ‚Facet w odwodzie | ZWIĄZKI’ w najnowszym magazynie Women’s Health, który do mnie przemówił i może nawet trochę pomógł.Szczególnie kilka akapitów, m.in.

 Facet od wszystkiego? Jeden człowiek raczej nie jest w stanie zaspokoić wszystkich naszych potrzeb psychologicznych. Lepiej dla nas jeżeli pogodzimy się z tym, że chociaż z nim sypiamy, nasz facet nie musi być najlepszą przyjaciółką, chodzić na zakupy i oglądać naszych seriali.

 Facet, z którym flirtowałaś. Poznałaś go, gdy wybrałaś się wyjątkowo bez swojego partnera na imprezę. I pojawił się świetny facet. Była chemia, jednak w pewnym momencie musiałaś powiedzieć, że w domu czeka na Ciebie Tój osobisty. Ale jakoś tak się stało, że jesteście znajomymi na FB i czasem wysyłacie sobie śmieszne wiadomości | O co chodzi? O! Coś podobnego, po prostu szukasz potwierdzenia, że wciąż jesteś atrakcyjna dla mężczyzn? Jakie to banalne, ale nie będziemy silić się na oryginalność. Dotyczy to 90% z nas. 

W moim związku nie ma mowy o nudzie długoterminowej, bo po prostu działamy. Dobrze nam się razem leży z laptopami, książkami, dobrze się śpi czy milczy, ale zdecydowanie więcej jest dynamiki. To jest chyba kluczem tej relacji, ponieważ przyzwyczajenie się i nuda, są często koniem trojańskim, który wkrada się niepostrzeżenie i zabija od środka nie wiadomo kiedy. Dlatego związkom mówimy zdecydowane TAK, ale uśmiech, który temu towarzyszy często jest uśmiechem przez łzy. I dobrze. Bez łez i pracy nie ma kołaczy. Trzeba być na to przygotowanym i z wszystkich psychicznych trybików z pewnością tryb czuwania powinien być zawsze włączony.